Tragiczna czarna plama i dziury …

Plama, która skończyła się katastrofą

Jedyny frajer, który przyszedł z kątomierzem.

Na początku był ołówek. To nim wykonywałem wszystkie rysunki. Pewnego razu zapomniałem go wziąć na kurs rysunku. Sam siebie zmusiłem do zmiany. W plecaku miałem tylko długopis i to z niebieskim wkładem. Przyznam szczerze, że architektura drewniana rysowana w tym kolorze nie wygląda dobrze.

Jeszcze ciekawiej zapowiadała się pierwsza lekcja. Usiedliśmy w sali i chyba ja, jako jedyny wtedy wyjąłem przybory kreślarskie. Ekierka, kątomierz, cyrkiel – to dumnie leżało na stole przede mną. Szybko zorientowałem się jednak, że chyba tylko ja przyniosłem te gadżety. Nikt mi nie powiedział, że te wszystkie proste kreski na rysunkach architektonicznych są od ręki. Ale obciach. Jeszcze wiele razy musiałem się najeść wstydu zanim mogłem o sobie powiedzieć – Jestem rysownikiem architektury. Jeden z eksperymentów miał się skończyć w przyszłości tragicznie. Ale o tym będzie dalej.

Przecież to nie było zadane.

Kurs rozpocząłem w Październiku. I tak chodziłem sobie na niego. Pierwsze, co zrobiłem to zabiłem w sobie entuzjazm twórczy. Na moim kursie wszystko wyglądało jak w szkole. Relacje z prowadzącymi „na Pan”. Dodatkowe rysunki to były prace domowe. No i precyzyjne sprawdzanie listy obecności. Szybko zapomniałem, z jaką dziecięcą radością siadałem wcześniej do pustej kartki.

Jednego razu, podczas korekty, mój kolega z grupy wyjął rysunek Katedry Santa Maria del Fiore. Zszokowały mnie dwie rzeczy. Pierwsza to fakt, że nie była narysowana ołówkiem tylko tajemniczym narzędziem. Drugą opisuje moje pytanie do niego. „Ale to przecież to nie było zadane?”

Jak w szkole… jak w szkole.

Kolega szybko wyjaśnił mi, że on narysował to dla frajdy, bo lubi rysować. Pomyślałem sobie – Przecież u podstaw mojego zapisania się na kurs była frajda. Coś trzeba było zmienić.

Różowy Art.-Pen EF

rysunek katedry gotyckiej ołówkiemÓw kolega zrobił jeszcze jedną rzecz, która okazała się niezwykle ważna w moim rozwoju rysunkowym. Tę wspomnianą katedrę narysował Art. Penem. Natychmiast postanowiłem go sobie kupić. To nie było jednak proste. W domu się wtedy nie przelewało i nie miałem pieniędzy. Kiedy wreszcie je uzbierałem zszedłem do sklepiku na WAPW a tam był tylko różowy.  No nie pasowało mi to jak cholera. Ale tak strasznie chciałem go już mieć. Nie wytrzymałem. Kupiłem!

Odwrót od ołówka

Nowa technika podobała mi się tak bardzo, że znacząco ograniczyłem rysowanie ołówkiem. Już w połowie maja nie rysowałem niczym innym. W tym czasie do egzaminu na architekturę zostały trzy tygodnie. Biłem się z myślami, czym będę rysował. Subiektywnie wolałem Art Penem. Logika podpowiadała mi, że dłużej rysowałem ołówkiem. W wyborze pomógł mi pewien incydent. Człowiek, który w grudniu zjebał mnie jak burą sukę za złe sześciany wychwalał mnie pod niebiosa. Było to na dwa dni przed egzaminem. Sala pełna ludzi. Pamowało ni to podniecenie ni to powszechna groza. Ja się trochę spóźniłem, więc miejsca na mój rysunek było na samym dole. I jeszcze po prawej stronie – jak oceniający zaczyna od lewej to w prawym dolnym rogu nic się nie zauważy. W następnym akapicie będzie, co dokładnie się wydarzyło i jaki miało to zgubny wpływ na egzaminie.

A czyja to praca? Gdzie jest autor?

Pan Andrzej Pańkowski – jeździł po rysunkach jeden po drugim. I miał rację. Na ostatnią korektę swoje rysunki przynieśli prawie wszyscy. Niestety 80 % osób zrobiła to po raz pierwszy. Było słabo. I to chyba ten motyw spowodał rozdrażnienie oceniającego. Ja na szczęście stałem w trzecim rzędzie a moja praca bezpiecznie wisiała w miejscu mało eksponowanym.  I nagle gruchnęło pytanie:

– A czyja jest to praca tam na dole? Czemu najlepszy rysunek z tych wszystkich wisi w takim miejscu? Dawać mi go tu!!! Gdzie jest autor?

Nieśmiało wyszedłem przed tłum.

A człowiek, dzięki któremu o mało nie zrezygnowałem z rysowania powiedział tak:

– O! Tak się powinno rysować! Ten rysunek jest o klasę lepszy od kolejnego z powieszonych.

Odwrócił się do mnie i powiedział:

– Panie kolego, widzimy się w Październiku na studiach.

Egzamin na architekturę Politechniki Warszawskiej rok 1994 – z Nieba do Piekła

Usiadłem sobie w ławce gdzie był przypięty mój numerek. A-308 – nie zapomnę tego do końca życia. Komisja majestatycznie wyjęła zadrukowaną kartkę z szarej koperty. Odczytała temat. Naszym zadaniem było narysować światło we wnętrzu katedry gotyckiej. Taaaak ! Umiałem narysować wnętrze katedry. A u mnie na Sali nikt tego nie umiał. Poczułem nagle, że może mi się udać, mogę się dostać.

Mój rysunek Art. Penem wyglądał dobrze. Niestety …

Lepsze wrogiem dobrego

Popatrzyłem na pracę. Stwierdziłem, że jeszcze ją poprawię. Na gruby pędzel nabrałem wody i pociągnąłem po rysunku piórem. Nigdy wcześniej tak nie robiłem. Po zetknięciu atramentu, który nie był wodoodporny, z wodą atrament wylał się jak po dotknięciu ośmiornicy. Z przerażeniem patrzyłem jak subtelna praca robi się czarna. Nerwowe ruchy. Dołożyłem koloru Sepii, co jeszcze pogorszyło sprawę. Pod wpływem wody nieoryginalny tusz rozwarstwił się na zielony i różowy. Koszmar. Próbowałem się opanować. Stwierdziłem, że przetrę to moim ukochanym papierem ściernym tylko poczekam aż przeschnie.  Na dwadzieścia minut zająłem się geometrią. Jednak z tyłu głowy cały czas miałem myśl jak uratować tę pracę.

Złapałem się za papier ścierny. Za wcześnie! Porobiłem dziury w pracy. Takie na wylot. Próbowałem ratować to jeszcze nakładając kreski, ale na wilgotnym papierze Art. Pen się zacinał. Kreska był niedorobiona, choć wyglądała ciekawie. Jak spojrzeć na ten rysunek to gdzieś nawet mi się podobał, ale na egzamin to chyba za mało?

Chciało mi się wyć z rozpaczy. Byłem tak blisko. Tak bardzo blisko.

Do domu wróciłem przybity. Powiedziałem rodzicom, że nic z tego.  I już następnego dnia zacząłem szukać pomysłu na nadchodzący rok.

Zadawałem sobie pytanie. Gdzie zrobiłem błąd? I szybko odkryłem – To był mój pierwszy raz, kiedy zastosowałem takie połączenie. Zabrakło mi doświadczenia.

Pięć dni później następuje ogłoszenie wyników. SZOK !!! Niedowierzanie! Dostałem Maxa za tę pracę. Komisja uznała, że ten rysunek jest intrygujący i jest w dobrym charakterze.

A z Panem Pańkowskim faktycznie spotkałem się na studiach w Październiku 1994 roku. Tego samego roku w Grudniu wystartował Domin, – ale to na inną historię.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *